Koniec sezonu wspinaczkowego. (2006-10-27 12:53)

Koniec sezonu wspinaczkowego. Niestety - ile się dało naciągnąć tyle naszego. W Tatrach Halny od kilku dni - po nim pewnie zmiana pogody i opady śniegu. Czas na podsumowanie sezonu - a działo się bardzo wiele.. :)

(Tutaj - na wstępie - od razu chciałbym wytłumaczyć koszmarną jakość filmów zamieszczonych poniżej. Były wykonywane za pomocą telefonu komórkowego.. Niestety. Ale - jak to się mówi - lepszy Rydz..)

Ten rok był dla mnie początkiem wspinania. W okolicach lutego zapisałem się na sekcję do Reni Sportu. W planach miałem fortecę, lecz dzięki opatrzności Froga jednak znalazłem się na ścianie na Czepca. Dwa treningi tygodniowo.. istotnie dzięki nim w końcu wróciła kondycja - w sensie kondycji żelaznej bo przecież wędrując po górach prawie co tydzień zawsze jakoś to było. Nauczyłem się bardzo sporo, doładowałem łapy i powoli zaczęły pojawiać się plany skałkowe.

Z niezależnych przyczyn niestety nie udało mi się pojechać na wyjazd sekcyjny do Sulova - cholerna strata, gdyż miał być to mój pierwszy wyjazd w skały. Trudno. Udało się później - wraz z Frogiem wybraliśmy się na trawersy na Sadystówkę - czyli rejon Skałek Twardowskiego - lub jak kto woli - Zakrzówka. Tam po dość drastycznej lekcji (kto pamięta to pamięta) nauczyłem się pokory i zacząłem doceniać każdą skałę.. Nie jesteśmy herosami - jesteśmy ludźmi - to moje podsumowanie tamtego wypadu.

Bolechowice: Rysa Wallischa (V-)


Z początkiem maja w końcu się udało - Frogu wyciągnął mnie w Bolechowice. Akurat planował wypad z Piotrkiem. Oj bardzo za ten wypad jestem wdzięczny - w końcu pierwszy kontakt ze skałami. Do tego ani własnej uprzęży ani liny - w zasadzie zero własnego szpeju nie licząc baletek, woreczka na magnezję oraz przyrządu do asekuracji (w moim przypadku Reverso i HMS). Sam kontakt dość.. trudny. Więcej na ten temat w relacji: Dolina Bolechowicka: Inauguracja sezonu skałkowego - 6 maja 2006.

Później już coraz częściej. Od Miśka (nasz trener na sekcji - nieoceniona osoba, niesamowite umiejętności oraz podejście do trenowania - tu z góry wielkie podziękowania za te wszystkie treningi, dożynki, słowa pochwał i.. zjebki :D ) kupiłem kask, linę 50m, komplet dziesięciu ekspresów oraz uprząż. Zaczęliśmy chodzić z dolną - zazwyczaj w Bolechowicach. Dwukrotnie wraz z Frogiem próbowaliśmy jeszcze zmęczyć Problemówkę przy świetle czołówek. Muszę przyznać, iż założenie ciekawe, ale skała durna. Zresztą - tutaj jedna z relacji: 20 czerwca 2006: Zakrzówek - Problemówka nocą.

Z początkiem lipca zapisałem się na kurs skałkowy do Klubu Wysokogórskiego w Krakowie. Muszę przyznać, iż decyzja okazała się być idealna. Jeden wypad na sztuczną ścianę, jeden wykład w pomieszczeniu a cała reszta w plenerach. Sześć wyjazdów jednodniowych w dolinki i na ostańce (Kobylany, Będkowice, Bolechowice, Psiklatka). Wiele teorii, wiele praktyki - ten kurs po prostu zmienił moje podejście do wspinaczki (stała się bezpieczniejsza, bardziej ogarnięta i przemyślana). Poznałem na nim Mariusza - osobę, z którą w zespole wspinamy się do dziś. Kurs prowadził nam Marcin Michałek - doskonały instruktor, taternik i alpinista (notabene z tego co wyczytaliśmy wspinał się w Himalajach z Wojtkiem Kurtyką). Lecz przede wszystkim świetny i normalny człowiek. Zupełnie tak jak Tomek, który poprowadził nam w zastępstwie kilka dni kursu co było nie bez znaczenia, gdyż poznaliśmy dwa troszkę inne podejścia do wspinaczki, jej metodologii i techniki.

Po zakończeniu kursu w skały jeździłem już głównie z Mariuszem. Kręciliśmy się w okolicach już nam poznanych, czyli w dolinkach podkrakowskich i na ostańcach. Z czasem jednak zaczęło być to mało. Przesyciłem się skałkami. Nie bawiły mnie ciężkie drogi - nie w tym widziałem sens. Najtrudniejszą drogą, którą poprowadziłem była Alarm dla Nietoperzy VI.1+ w stylu TR (Kula w Będkowskiej) oraz Kant Ogara VI.1 w stylu OS (Psiklatka). Lecz nie widziałem w tym wielkiej zabawy - może po wszystkim satysfakcja.. Ciągnęło mnie dalej i wyżej - w Tatry.

Z początkiem Września kupiłem komplet kości roksów w Wierchach. Tutaj muszę wtrącić pewną dygresję na temat tego sklepu. W zasadzie od samego początku mojej poważnej styczności z górami (poważnej czyli samodzielnej) ten sklep odgrywał poważną rolę w tejże historii. Dowiedziałem się o nim (jak o większości tego typu miejsc czy spraw) od ojca. Miejsce istotnie godne polecenia. Zawsze można zasięgnąć wiedzy na interesujący temat czy rozwiać jakieś wątpliwości. Zawsze można również wdać się w dyskusje czy zaplanować swój rozwój sprzętu tudzież dowiedzieć się o nowinkach sprzętowych / literackich. I przede wszystkim - można zawsze polegać na tym z czym się z tego sklepu wychodzi. Oczywiście - nie można przeceniać rangi ponad to co mamy w głowie - ale też nie można być ślepo zapatrzonym we własne zdanie :)

Z końcem września wraz z Mariuszem i znajomymi z sekcji zaatakowaliśmy Sokolicę lewym kominem. Było to o tyle istotne, iż mogliśmy sobie powtórzyć sprawy wielu wyciągów. Miesiąc wcześniej próbowaliśmy własnych sił na tej skale z Mariuszem ale z mizernym efektem. Lecz wtedy inną - trudniejszą drogą - czyli prawym filarem (VI z czymś). Mydło straszne - droga się zupełnie nie podobała. Zrobiliśmy pierwszy wyciąg i sprani zjechaliśmy na dół. Tak czy owak drugi wypad na Sokolicę się udał. Sama wspinaczka przebiegła bardzo składnie - mogłem już powiedzieć, że w Tatry czas najwyższy..

Jeszcze tylko początek października przywitałem w Będkowicach na Kuli i Turni Marcinkowskiego - trzeba było sobie przypomnieć DDSy (Droga Dla Spragnionych), czyli własną asekurację. Więcej na temat tego wypadu tutaj: 08 października: Dolina Kobylańska - Kula od północy, Turnia Marcinkowskiego.

Od powrotu z Będkowskiej kombinowałem strasznie jakikolwiek wypad w Tatry. Mateusz proponował mi Granaty i Środkowe Żebro Skrajnego Granatu. Niestety albo czasu albo chętnych brak. Z Mariuszem przez chwilę nie było kontaktu.. Do tego brakowało nam friendów i heksów. Sam komplet 11 kości i pętli mógł być zbyt skromnym arsenałem. Mariusz się jednak odezwał. Od Miśka załatwiłem 4 friendy Trango w rozmiarach 5,6,8,9, wyjazd zaplanowałem dokładnie i.. Cóż powiedzieć.. W dolinki wyjeżdżać będę już raczej rekreacyjnie - by podtrzymać kondycję tudzież z braku czasu na wypad w Tatry. Wspinaczka w Tatrach metodą zupełnie nie sportową jest tym o czym zawsze marzyłem. Nie ogranicza nas już szlak, nie musimy się przejmować tym, że na dany szlak bez uprawnień wchodzić nie można. Teraz spełniam w końcu marzenia - w planach Żabi Koń, Ganek, Mięgusze, Hokejka, Zamarła i cała masa innych. Powstanie wiele zdjęć, filmów, relacji.. To jest właśnie ten stopień turystyki, który odpowiada mi najbardziej. Z głową, rozsądkiem ale jednak w miejsca, o których kiedyś mogłem tylko marzyć.






Czego i Wam wszystkim życzę. Wspaniałych wypadów, chętnym udanych wspinaczek, niezapomnianych przeżyć, kolorowych zdjęć i głowy na karku :)


z.. taternickim
docent

Nawigator
[indeks wpisów w blogu]

Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz wystarczy podać jego treść - pozostałe pola nie są obowiązkowe. Zaznaczenie zapamiętania nicka i adresu e-mail spowoduje, iż w każdej chwili gdy wrócisz do tej strony i będziesz chciał(a) wpisać kolejny komentarz pola nick oraz e-mail zostaną automatycznie wypełnione:
 
Nick:    E-mail:

Zapamiętaj mój nick i email    Ukryj mój adres email

Wasze komentarze
 ukryj komentarze 
Brak dodanych komentarzy.. Może coś napiszesz? ;)

Nawigator
[indeks wpisów w blogu]