Beskid Sądecki: pasmo Radziejowej
(Szczawnica -> Prehyba -> Radziejowa -> Wielki Rogacz -> Jaworki)
17-18 grudnia 2005

Spis rzeczy
  1. O wędrówce..
    1. Złe dobrego początki
    2. Krzysztof Hołowczyc w Toyocie
    3. Ballada o grzańcu
    4. Kto wie czy za rogiem nie stoją Anioł z Bogiem..
    5. A w górach nie ma już nikogo..
    6. Śniadanie mistrzów
    7. C'est la vie
    8. Highway to heaven
  2. Inne takie tam
    1. Zdjęcia
    2. Log z wyprawy
    3. Dokładny opis szlaku
    4. Podziękowania
    5. Linki do przydatnych stron na temat szlaku
    6. Wasze komentarze

Złe dobrego początki Generalnie w planie była Babia Góra. Przez cały piątek oglądałem prognozy pogody siedząc w pracy. Nie było źle. W zasadzie było całkiem przyzwoicie. Nie za zimno, wiatr w sam raz, widoczność i chmury również w granicach rozsądku. Jednak wieczorem sytuacja się zmieniła diametralnie. Koszmar. II stopień zagrożenia lawinowego, wiatr bardzo silny, warunki bardzo trudne, widoczność 200 metrów. Cóż - plany czas zmienić..
Jakiś czas temu poznaliśmy w Hawiarskiej bardzo miłą grupę dziewczyn studiujących w Krakowie geografię na UJu (Uniwerystecie Jagiellońskim dla niewiedzących :P). Owe spotkanie zakończyło się wspólnym biesiadowaniem w rzeczonej Kolibie a dalej przemarszem przez Lubań do Krościenka. Od tamtej pory jako - taki kontakt z nimi mamy. Kilka dni przed planowanym wyjazdem na Babią Górę napisały mejla do Piotrka z informacją o tym, iż idą na Radziejową przez Prehybę, później Durbaszkę - generalnie te kierunki. W zaistniałej sytuacji, która generalnie nie pozwoliła nam zaatakować Babiej doszliśmy jednak do wniosku, iż postaramy się dołączyć (złapać :P) dziewczyny na szlaku / w schronisku. Prblem był jeden - one miały 1 dzień drogi do przodu w stosunku do nas.. choć gdyby nie to co dalej opiszę - pewnie byśmy je dorwali =]

Krzysztof Hołowczyc w Toyocie Decyzja była prosta. Nie jedziemy jednak w piątek wieczór, gdyż to nie ma sensu. Lepiej się wyspać i wyjechać skoro świt. W nocy jeszcze pojechaliśmy na zakupy jakieś. Oczywiście - Tesco Kapelanka - sklep bez klamek. Tutaj klasycznie wiśniówka, grzaniec, piwo, żarcie i.... sanki :D za 19,90 - oj to był sponton. Sanki, które nic nie ważą. Można je przyczepić do plecaka - nawet nie poczujesz, że je targasz za sobą. A w każdej chwili możesz na nich po prostu usiąść i zjechać w dół... :D Zresztą zastosowań znalazło się dla nich więcej.
Rano skoro świt (czyli koło 8) minęliśmy w końcu granice Krakowa. Ciężko się wstaje.. Szczególnie gdy nie spało się kilka ostatnich dni. No ale nic. Za kierownicą wojownik szos JUBI. Na drodze ślisko, syfnie i generalnie jechać w taką pogodę na oponach letnich to czysty absurd i głupota (ktośtam to nazwał lenistwem - ja raczej bym to ochrzcił mianem zbyt rzadkiego użytkowania wozu przez Piotrka - jeśli korzysta się z auta raz na 2 miesiące to szkoda w nie ładować fundusze :P). No ale nic to. Powiedzmy, że gdzieś po drodze miał miejce pewien incydent, ja wsiadłem za kierownicę i już od Myślenic jakoś nas dowiozłem do Szczawnicy. A dla Piotrka i tak gratki za stalowe nerwy i świetną reakcję na nieprzewidzianą i nagła sytuację ;)

Ballada o grzańcu Tak to już bywa, że bardzo nam zasmakował kiedyś grzaniec. Kupuje się owy trunek w sklepie (W Tesco za 10pln), ładuje do garnka, grzeje i do termosa. Rewelacja - sam już w sobie jest przyprawiony - na prawdę bardzo dobrze :D No i tym razem nie było inaczej. Jako, iż Piotr rozbudował swój sprzęt górski o kilka nowych pozycji tak też dzięki temu, iż uwzględnił w jednej z nich termos mogliśmy sobie pozwolić na małe co nieco :D
No i cóż - komu w drogę... W Szczawnicy autko zaparkowaliśmy tuz obok GOPRówki. Dalej już szybkie przepakowanie betów, przypięcie sanek do plecaka i wio.. do budki na hamburgera.. syf straszny - ale co zrobić - nie chciało nam się strasznie wyciągać czegokolwiek z plecaka - czas naglił - chcieliśmy już być w drodze - w śniegu - tam... =]
Po drodze jeszcze szybki incydent - Piotrkowi złamał się na pół patent zapinający zamek. Na szczęście znalazł w kilka sekund dosłownie krawca a ten w kilka minut (i za 3pln) zreperował - normalnie serwis jak w formule 1 :D
Na Prehybę zdecydowaliśmy się iść szlakiem niebieskim - mniej widokowy niż konkurent z drugiej strony Wysokiej prowadzący przez Łysinę, czyli szlak zielony ale jednak krótszy - a czas nas naglił.. do tego stopnia, iż przy pierwszym postoju przy wodospadzie nad Sewerynówką obaliliśmy pierwsza porcję rzeczonego grzańca :D No i w tym tez miejscu zaczęliśmy nasza przeprawę - tu kończył się szlak ubity i rozjeżdżony. Od tej pory nogi naszymi lodołamaczami :P I w takim klimacie minęło wiele godzin przedzierania się przez śniegi południowo - zachodnich zbocz Prehyby. Po drodze szlak posialiśmy ze dwa razy, mi udało się zaobserwować dwie sarny przechodzące przez drogę (sacre diable - pomimo, iż stanąłem i z całą wyuczoną gracją starałem się bezszelestnie wyciągnąć aparat... poszły dalej - spotkanie miało miejsce przy ostrym podejściu pod Koszarki - 930m).
W miejscu gdzie szlak zielony dołącza do niebieskiego kolejne posiedzenie. Ale dosłownie na chwilkę. Hmm może nie taką chwilkę - grzniec wydarł z siebie ostatni dech i tyle go widzieliśmy :) Dalej juz spokojnie granią w kierunku Prehyby. Po kilkunastu minutach naszym oczom ukazały się światła wieży przekaźnikowej (widok kosmiczny - Star Trek się chowa - w środku lasu w zupełnej ciemnicy pośród śniegów wyrasta ponad najwyższe drzewa przerastające je kilkukrotnie wieża oświetlona czerwonymi światłami kontrastującymi z jej zabieloną od szronu / śniegu / lodu konstrukcją..). Dalej już spokojnie, obok wieży, w prawo lasem - jednak już rozjeżdżona przez panów na skuterach drogą w kierunku schroniska.. Grzaniec pokonany. Prehyba zdobyta (Prehyba 1156m). My.. zmęczeni.

Kto wie czy za rogiem nie stoją Anioł z Bogiem.. W schronisku jednak ktoś był. Owym ktosiem (tudzież ktosiami) okazali się ludzie jeżdżacy na skuterach. Jak nienawidzę w górach motoryzacji tak to mi się spodobało. Skuter w środku lasu w ciemnościach iście dantejskich daje po prostu niesamowite wrażenie. To trzeba po prostu zobaczyć..
W schronisku papu i piciu i narada. Godzina 20 dochodzi. Jeśli mamy zdążyć do dziewczyn na Durbaszkę to mamy przed sobą bite 6h marszu bez zbędnego opierniczania się już.. Ciężka to decyzja. W tej samej chwili dowiaduję się o bardzo przykrym zdarzeniu w najbliższym otoczeniu mego najlepszego przyjaciela.. zaczynają się telefony, rozmowy, smsy, nerwy.. Cóż czynić - sytuacji nie ma sensu opisywać. Marcin chłopie trzymaj się..
Decyzja zapadła - idziemy. Lecz dokładnie za godzinę mamy zdecydować się na powrót albo na dalszą wędrówkę. Godzina 21 to nasz deadline.. no i w drogę. Nogi już nie pierwszej świeżości. Ciemności zupełne - brak nawet księżyca na niebie. Co począć - iść trzeba. Tutaj duże podziękowania dla Panów zmotoryzowanych - gdyby nie oni nawet nie myślelibyśmy nad dalsza wędrówką - szlak był ślicznie rozjechany - nie trzeba było dreptać w śniegu po pas ;]

Droga wiodła granią.. szlak nam obcy. Byłem tu wiele lat temu z rodzicami - lecz to była inna pora roku, ja byłem młody.. w zasadzie wogóle tego miejsca nie pamiętałem. No i szło się jakoś tak nie najlepiej. Ale jednak do przodu - przyjemnieby było zasiąść z przemiłymi znajomymi ponownie i sobie pobiesiadować chwilkę.. A tu śnieg coraz mocniejszy sypie.. to znów wiatr się zrywa - ślady powoli nikną pod świeżą warstwą śniegu.. godzina 21 dochodzi.. decyzja w zasadzie jedyna - wracamy. I klniemy. Oj bardzo klniemy. My i dojrzałą decyzja? Przecież moglibyśmy jeszcze spokojnie iść do rana.. Mamy zapasy, dobry sprzęt.. ehh. Jednak się starzejemy. Pass.. a Bóg rozdaje karty..

A w górach nie ma już nikogo.. ..niebo nas straszy niepogodą.. oj tak tak.. wracając pogoda się już zupełnie skiepściła - na niebie ani jednej gwiazdy - absolutne zero perspektyw odnośnie dnia następnego. Cóż uczynić.. nic tu nie zdziałamy.
Dostaliśmy cieplutki pokój. Bajzlu narobiliśmy za 6-ciu chłopa. Tak to jest gdy zmęczeni 20 - godzinną przeprawą ludzie ładują się do ciepłego kąta - rozwalić wszystkie swoje bety po każdym możliwym zakamarku i... nie - wcale nie do spania :) Czas dać oddychać naszej wiśniówce =] I piwie marki Heineken. Relewacja :D Dodam tylko tyle, iż ten ciepły pokoik był w sąsiedztwie opuszczonej GOPRówki.. piękny klimat ;] Dalej tyle, że powoli nas znużyło do snu =]

Śniadanie mistrzów Pobudka. Jedno oko otwarte. Idziemy robić wschód słońca.. eee - ale chmury są i nic nie widać.. obracam sie na drugi bok - znów błogi sen.. ;]
Druga pobudka. Telefon. Kurna co za dzięcioł dzwoni w taki dzień o tej porze..? Oczywiście - najwspanialsza rodzicielka :) - ale w zasadzie nieźle, że zadzwoniła - przynajmniej wstałem od razu i nie straciliśmy kolejnych godzin. Od razu pakowanie, mycie i dawać na śniadanie. A tam się działo... hoho :) Najpierw spotkaliśmy samotnego narciarza - wjechał z Sącza na biegówkach. Drogę miał ułatwioną bo szlak wyjeżdżony skuterami. Potem dotarły jeszcze dwie przemiłe Panie - podziękowały od razu za przetarcie szlaku niebieskiego.. :) Nie ma za co :P No i do stołu.. jajecznica na kiełbasie, parówki, gorąca czekolada, herbata, kanapki... uff. Wystarczy ;]
Wychodzimy. Wsio spakowane i przyszykowane. Odjazd na wschód. Kierunek: Radziejowa. Żegnamy się więc z Prehybą - z remontowanym schroniskiem, przemiłym psiakiem, który rano przywitał nas tarzając się w śniegu no i z owymi przemiłymi Paniami :)
Droga ubita i rozjeżdzona - w sumie to dobrze - po przeprawach dzień wcześniej przyjemnie będzie sobie przejść w miarę normalną drogą. Niestety - pogoda zupełnie nieprzyjemna. Niskie chmury, wysokie chmury, śnieg z nieba i bardzo rzadko słońce. I co gorsza... w paśmie Durbaszki - Sokolicy widać świecące słońce.. ehh gdybyśmy tam tylko doszli.. dziewczyny mają pewnie piekne widoki - a my pod chmurką w cieniu yno ochłap tego co matka natura tego dnia prezentowała w całej okazałości - czyli Tatry..

C'est la vie Doszliśmy do pierwszego zjazdu. Szlak wyglądał jak tor saneczkowy. Wszedzie pełno śniegu - a w środku tego 'pełno' jeden wielki lej utworzony przez skutery. Zawodnik już na starcie. Sanki pod tyłek i ładować się. Ciężko z dużym plecakiem i kijkami załadować się do malutkich sanek.. ale da się. No i cóż.. jeszcze chwilka i zaczynamy zawody :D Poszli (albo raczej poszedł) - jakżesz on jedzie - tumany śniegu, w zasadzie to nie widać czy jeszcze jedzie czy już się przewrócił - nie - on pędzi - na złamanie karku - już ujechał 10 metrów - zapowiada się nowy rekord w czasie zjazdu na trasie F2 na szlaku Prehyba - Radziejowa - taaak ten zawodnik zdecydowanie powinien wybrać się na olimpiadę :D Ale nagle - co się dzieje - zawodnik drze się w niebogłosy - to śmiech - nie powstrzymał ataku śmiechawki i... jedzie wprost w zaspę.. Buuuuum! Wstaje... to Yeti.. nie to miś polarny.. bałwan? Nie - to docent - wielki, urbąny w śniegu po sam czubek głowy... ale szczęśliwy jak dziecko.. (więcej opisu pomijam - same przekleństwa :P).
Idziemy dalej.. po drodze jeszcze zdjęcia, herbata. Powoli zbliżamy się do Złomistego Wierchu (1226m). No i pierwszy problem - brr - późno już. Strasznie się opieniczamy. Czas nam w drogę. A pod Złomistym piękna polana i świetna panorama - widać Gorce.. i jak tu nie robić zdjęć :) No nic - mkniemy dalej. Coraz więcej wiatru, coraz więcej śniegu, coraz zimniej.. co za syf :P Na polanie tuż przed podejściem na Radziejową napotykamy GOPRowca - mknie na skitourach. Zamieniamy z nim słowo na temat sprzętu w góry, wyciągamy informację na temat widoków w dalszej części szlaku i idziemy dalej. Po przejściu 10 metrów zaczynamy kolejne zdjęcia. Słońce czasem się przebija przez chmury - nie ma mowy - trzeba to wykrozystać :) Kilka zdjęć Tatr, Sokolicy, Durbaszki, drzew i krzewów naokoło.. No i decyzja - czy czekamy tu na zachód? W sumie to jeszcze godzina.. później będziemy znów po ciemku wracać - ale co gorsza - z Jaworek do Szczawnicy też jakoś trzeba się przedostać.. hmm zachód może być taki jak ostatnio na Tarnicy (czyli wogóle :P), poza tym może dalej będzie jeszcze jakieś miejsce - w końcu n mapie są jeszcze ze dwa miejsa widokowe - a i GOPRowiec coś wspominał.. no dobra - idziemy :)
Ominęliśmy Radziejową (sacre diable - przecież ona należy do Korony Gór Polskich - ehh stupide - Radziejowa 1262m), mkniemy dalej. Kolejny postój na Wielkim Rogaczu (1182m). Tu herbata i czekolada. Tą drugą trzebaby rozdłubać kilofem :P Wieje strasznie. Śniegiem również sypie.. ale jest bosko :D W monotonnym marszu jednak odnajduje się ten drobniutki pierwiastek uciechy - w końcu po to się w góry jedzie, żeby zapomnieć o tym co na codzień - zostawić wszystko za sobą.. i zjednać się z tym co naokoło będąc na szlaku - niezależnie od pogody. W zasadzie człowiek czuje się najlepiej w chwili gdy istotnie wogóle już nie zauważa zmian temperatury, opadów itd. Jeśli na prawdę się w to wejdzie - deszcz i śnieg to już tylko dodatek - podziwia się je - a nie wyklina. W mieście można się wkurzyć gdy nam sypie po głowie i jest zimno - w górach to rzecz, na którą się nie zwraca uwagi. Bo i po co się denerwować - lepiej się cieszyć tym co nam przynosi los, otoczenie..
Tak schodząc z Rogacza dotarliśmy do miejsca skąd możnaby zrobić zachód słońca - w szczególności, iż już zaczęło się robić kolorowo na horyzoncie. Piotrek znalazł miejsce dla siebie - ja postanowiłem zejść troszkę w dół. Jeszcze po drodze kilka fotek... kurcze jak dobrze pójdzie to przed naszymi oczami rozegra się rzeźnia i masakra, przy której widok Mordoru bedzie się mógł schować. Oby tylko te chmury nie zaszły zupełnie i nie zasłoniły słońca... w momencie gdy już miałem rozłożyć statyw jednak zaszły... ^&%^%$^%$&^% i tyle powiedzieć. Cóż uczynić - w ciągu kilku minut wszystko zniknęło, zrobiło się zimno, wietrznie, mroźnie.. no nic - chodźmy już w dół..
Chwilkę po tym niefarcie Piotr zdecydował się na rywalizację - wsiadł na sanki.. Oj Szaranowicz czy Szpakowski nie wiedzieliby co powiedzieć i jak komentować ten zjazd.. Piotr kijki zostawił mnie - sterował rękami i nogami. Zjazd miał bardziej wyślizgany, bardziej stromy i dłuższy... masakra :D Na szczęście pacjent przeżył. Rekord prędkości należy zdecydowanie do niego. Podobnie jak i rekord zaliczonych wywrotek / wjazdów w zaspę :)
Gdy już bałwanek się otrzepał - klasycznie poszliśmy dalej.. coraz szybciej zapadał zmrok. Światło na głowę i dalej marsz i marsz. Tym też sposobem doszliśmy w końcu do skrzyżowania szlaków czerwonego z niebieskim. Ten drugi po dwóch dniach w końcu opuszczamy (idąc nim dalej doszlibyśmy do Obidzy, Suchej Doliny i Piwnicznej). Kierujemy się czerwonym w przeciwnym kierunku - schodzimy do Jaworek. Jeszcze na polanie kolacja (czy też obiad). Kanapki, herbata, czekolada.. jeszcze zdjęcie - ciemno już - statyw się przydał. Szkoda tylko, że zanim się rozłożyłem to mi kolory z horyzontu uciekły... ehh no i co z tą matką naturą mamy - zawsze się w takiej sytuacji na nas wypnie - strasznie nieśmiała jest jesli chodzi o eksponowanie najciekawszych obrazów :)
Po drodze już bez incydentów. W połowie drogi czerwonym szlakiem opuściliśmy go na Rusinowych Wierchu (821m) kierując się krótszą i bardziej rozjeżdżoną drogą w dół - w kierunku Jaworek. Przed nami ciągle pod przeciwnym masywem Wysokiej (1080m) majaczyły światła Durbaszki. Po prawek świecący krzyż gdzieś na jakimś pagórku nad Jaworkami (albo i Szczawnicą). Szkoda czasu na oglądanie - późno już i ciemno... czas nagli..
Na dole na przystanku nie za ciekawie - dziś już do Szczawnicy nic nie jedzie. Na pętli w aucie 4 tutejszych kręci kółka na lodzie. Chwilę później parkują pod okoliczną knajpą i tankują browar - w końcu takie ewolucje na trzeźwo nie przejdą :P No ale co do nas - czas nam w drogę - może złapiemy dalej jakiegoś stopa, może ktoś będzie zjeżdżał z Durbaszki.. drobna wymiana zdań z Piotrkiem i już go nie ma - wrócił się w kierunku pętli. Szczęście w nieszczęściu - dzięki temu złapał stopa :) Zatrzymali się przy mnie, załadowałem się do środka i jazda :) W moment dosłownie dojechaliśmy do Szczawnicy. Od małżeństwa, które było nszymi wybawcami dowiedzieliśmy się, iż obecnie sezon przeżywa największy kryzys - tydzień przed świętami zawsze jest pusto. Stąd też schroniska w remontach.. lecz już za tydzień ma się rozpocząć oblężenie. Po drodze jeszcze oglądamy nowy wyciąg narciarski dopiero co postawiony na stokach zdaje się Jarmuty (794m) tuż obok Szlachtowej- żaden orczyk - piekne kilku - osobowe kanapy - kiedyś może tu wpadnę :) Cóż - żal wracać, żal opuszczać góry, żal wracać do codzienności. W zasadzie zakończę tutaj już część dotyczącą gór. Jeszcze poniżej napiszę jeden akapit - lecz to już z innej beczki. A póki co - ten weekend był bogaty w przeżycia.. świetny szlak, wspaniała i nieprzewidywalna pogoda, spotkanie z tym co ostateczne i tym co czeka na nas po drugiej stronie jak i też wspólny (prawie) marsz z dziewczynami, które ciągle gdzieś tam nam majaczyły przed oczami. Posłużę się więc na koniec wierszem Andrzeja Pacuły (w zasadzie to tekstem wspaniałej piosenki), którą dedykuję przede wszystkim Domelowi (Marcinowi) - w ciężkich chwilach zawsze jest przy mnie - ja staram się być przy nim. W zasadzie przyjaźń nasza zakorzeniła się w nas na zawsze - tak głęboko jak tylko można - dasz rady chłopie :) Ponadto oczywiście dedykcja skierowana jest ku Piotrkowi - jest jednym z moich pierwszych 'stałych' kompanów w górskich wojażach. Byle tak dalej i byle dalej i dalej.. :) No i oczywiście dedykuje ten wiersz również naszym towarzyszkom - przemiłym dziewczynom napotkanym kiedyś w Hawiarskiej - ciężkie miały z nami przeżycia owego wieczora - aczkolwiek myślę, że dość pozytywnie przyjdzie je nam wspominać. Ponadto owego weekendu również nam towarzyszyły - ciągle czulismy ich obecność w pobliżu.. dzieki Wam za to =]

Piosenka dla przyjaciela (słowa: Andrzej Pacuła)

Przeczekamy jeszcze jedną zimę
Żeby znów móc się spotkać przyjacielu
Opowiedzieć co dobrego I zapomnieć o złych chwilach
Przeczekamy a gdy wiosną wyschną drogi
Dogonimy tych co przeszli obok

Przeczekamy jeszcze jedno lato
Wciąż nie wierząc że na karku mamy jesień
A dziewczynom co odeszły
Odeślemy listy z deszczu
Przeczekamy żeby życia zbyt nie trudzić
A epilog dopiszemy garścią złudzeń

Przeczekamy cisze między nami
Płoche słowa i rozmowy nieskończone
Chleba nigdy nam nie zabrakło
Popatrz, znowu kwitnie jabłoń
Przyjacielu gwiazda spadła

Highway to heaven Ze Szczawnicy wyjechaliśmy dość późno. Do Nowego Targu droga nam zabrała godzinę - nadal ślisko, nadal padał śnieg, nadal opony letnie.. :P W Targu zdecydowaliśmy się zjeść obiad. Trafiliśmy do świetnej restauracji w poblizu dworca. Tanie żarcie - a obiad iście królewski. W oczekiwaniu na zaserwowanie naszych dań napisaliśmy jeszcze smsa do dziewczyn - może jeszcze są w pobliżu - może się skuszą i wpadną...? Niestety - sa już w ciepełku u siebie w mieszkaniu i delektują się ciepłą herbatą.. choć to i lepiej dla nich =] Cóż - pozostąło nam zjeść obiad, mi wypić kawę coby nie usnąć po drodze i jazda do Krakowa.
Sam powrót był absurdem. Za Nowym Targiem się zaczęło - widoczność na drodze znikoma, wszędzie oblodzenia... brrr. Na Obidowej przypierniczyło wiatrem - cholernie silnym wiatrem - i oczywiście śniegiem. Na liczniku 20km/h - szybciej się nie dało - widoczność jakieś 10 metrów. Koszmar. Za nami jedno auto - nawet nie przeszło jego kierowcy przez myśl aby wyprzedzić - byliśmy świetnymi królikami :) Na szczycie wzniesienia piękny widok: w zupełnej ciemności, spowita śnieżycą stała elektroniczna tablica informacyjna podająca na zmianę dane pogodowe i napis: "Silny wiatr". Wszystko potęgował kontrastujący kolor tegoż napisu... pięknie. Bóg znów z nami gra w karty.. lecz tym razem my mu kontra - jedziemy dalej. Kilkadziesiąt metrów dalej z ciemności i śnieżycy wyłoniło się auto stojące w.. nie - to nie rów - to pobocze. JEgomość zaparkował w pobliżu przystanku autobusowego oczekując na przejście śnieżycy. Jednakże gdy tylko go minęliśmy zdecydował się ruszyć.. za nami. Powninniśmy pobrać opłatę za torowanie drogi od obydwu kierowców poruszających się naszym śladem :)
Na szczęście za Obidowcem pogoda się uspokoiła. Po drodze minęliśmy kilka piaskarek. Droga była już w zupełności przejezdna. Reszta drogi jednak nadal upłynęła pod znakiem spokojnej jazdy.. gdzież nam się śpieszy.. Do domów dotarliśmy późno. Ale w jednym kawałku. Z kolejnymi wspomnieniami. I już z kolejnymi planami na dalsze wypady...

Zdjęcia Poniższe zdjęcia zostały wykonane Nikonem F301 z obiektywami Nikkor 28-85 f3,5-4,5 oraz Nikkor 80-200i f3,5-4,5 wraz ze standardowym filtrem polaryzacyjnym Hoya. Są to skany z negatywu - używałem filmu Fuji Superia 200.

Na szlaku. Wszędzie biel.. Na szlaku. Wszędzie biel.. Odczinek Prehyba - Złomisty Wierch.
Zbocze szlaku niebieskiego Zbocze szlaku niebieskiego z podejścia pod Koszarki na odcinku Szczawnica - Prehyba
Widok z okolicy Złomistego Wierchu na południe Widok z okolicy Złomistego Wierchu na południe (dolina potoku Czarna Woda)
Słońce na szlaku Słońce na szlaku
Słońce chyli sie ku zachodowi Słońce chyli sie ku zachodowi - nadciągają czarne chmury..
Szlak niebieski Szlak niebieski ze Szczawnicy w kierunku Prehyby - okolica wsi Leszczyny
Po zachodzie słońca.. Po zachodzie słońca.. Widok z południowych zbocz Wielkiego Rogacza
Niesamowicie oświetlona chmura poprzez zachodzące słońce Niesamowicie oświetlona chmura poprzez zachodzące słońce.. Chmura przykrywa masyw Wierchomli - zdjęcie z Wielkiego Rogacza w kierunku wschodnim.
Słońce powoli chowa się między szczytami Tatr.. Słońce powoli chowa się między szczytami Tatr..
Promienie słońca zakrytego chmurami unoszacymi się nad Tatrami. Promienie słońca zakrytego chmurami unoszacymi się nad Tatrami.
Las pokrywający południowe zbocza Radziejowej Las pokrywający południowe zbocza Radziejowej
Niesamowita gra kolorów Niesamowita gra kolorów - w dosłownie momencie ciężkie chmury zaczęły zachodzić nasze głowy - w tym samym czasie powoli zachodzące słońce wyszło zza chmur nad Tatrami i oświetliło nasz szlak.. Zdjęcie wykonane na zimowym trawersie Radziejowej - obiektyw ustawiony w kierunku zachodnim.
Okolice Złomistego Wierchu - widok na południe. Okolice Złomistego Wierchu - widok na południe.
Widok ze Złomistego Wierchu na północ. Przed obiektywem Beskid Wyspowy. Widok ze Złomistego Wierchu na północ. Przed obiektywem Beskid Wyspowy.
Pierwsze zimowe testy mojej 200ki :) Pierwsze zimowe testy mojej 200ki :) Niestety nie wiem jak się nazywają szczyty Beskidu Wyspowego, które złapałem na fotografii.. :) Zdjęcie wykonane w kierunku północnym z okolic Złomistego Wierchu.
Między drzewami Beskid Wyspowy. Również zdjęcie wykonane na północ ze Złomistego Wierchu. Między drzewami Beskid Wyspowy.
Zima pełna parą.. ah te drzewa :) Zima pełna parą.. ah te drzewa :)
Widok z okolic Złomistego Wierchu na południowy wschód Widok z okolic Złomistego Wierchu na południowy wschód

Log z wyprawy W przygotowaniu.. JUBI dawaj loga =]

Dokładny opis szlaku W przygotowaniu.. muszę zeskanować mapę..

Podziękowania Zasłużeni i wielcy - czyli Ci, którzy w jakikowliek sposób przyczynili się do powstania tej relacji, pomogli nam na szlaku czy powiedzieli dobre słowo =]

  • JUBI. No bo w końcu pojechał :P
  • Monika i Anita - za towarzystwo i ciepłe słowa ;)
  • Panowie od skuterów z Prehyby - za informacje na temat szlaku :)
  • Obsługa Prehyby - za ciepły pokój i smaczne żarełko
  • Tomek z pl-rec-gory - za wskazanie kilku błędów merytorycznych w powyższej relacji

Dzięki wielkie raz jeszcze :)

Kilka przydatnych linków dotyczących powyższego szlaku:

Nawigator
[powrót do góry strony]

Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz wystarczy podać jego treść - pozostałe pola nie są obowiązkowe. Zaznaczenie zapamiętania nicka i adresu e-mail spowoduje, iż w każdej chwili gdy wrócisz do tej strony i będziesz chciał(a) wpisać kolejny komentarz pola nick oraz e-mail zostaną automatycznie wypełnione:
 
Nick:    E-mail:

Zapamiętaj mój nick i email    Ukryj mój adres email

Wasze komentarze
 ukryj komentarze 
::Użytkownik anonimowy2008-02-13 20:26:00
tez szlam tym szlakiem w 2005 :)) ale w maju :)) teraz na lato planuje
Babia Gore i okolice :) pozdrowienia :))
::derigen12007-04-17 15:55:00
hehe.ja tam mieszkam..tez to przeszlem..
::Użytkownik anonimowy2007-01-28 22:11:00
ale wam zazdroszcze....
::docent (maciek@lasyk.info) 2006-03-16 23:14:00
No i dodałem zdjęcia z wypadu. Troszkę to trwało - ale myślę, że
opłacało się czekać ;) Niektóre są na prawdę niesamowite :)
::docent (maciek@lasyk.info) 2005-12-21 12:39:00
Uff koniec :) W końcu udało mi się wymęczyć jakiś szkielet dla
wszystkich stron zawierających opisy naszych wycieczek. Teraz wreszcie
i spokojnie będę mógł dodawać nowe relacje z wypadów nie narażając Was
na długie oczekiwania czy trudności techniczne :)

A co do powyższego - loga z wyprawy uzupełnię gdy mi go JUBI podeśle -
będe mu wiercił dziurę w brzuchu :) Natomiast opis trasy... cóż - bez
loga i bez zeskanoweanej mapy nie ma sensu.. więc jeśli wszystko się
powiedzie to za kilka dni będzie już komplet =]

Co do zdjęć.. niestety zrobiłem ich na tyle mało, iż film sie nie
zapełnił, więc trzeba poczekać aż go skończę. Zresztą na tej stronie
niewiele jest gotowego - chciałbym w relacje wrzucac kilka zdjęć a
resztę do mojej galerii - która to nie jest jeszcze wogóle ruszona.
Cierpliwości... ;]
 ukryj komentarze