Tatry Wysokie: Świnica - 23 kwietnia 2006 oraz Krokusy na Toporowej Cyrhli i Wielkim Kopieńcu

Spis rzeczy
  1. O wędrówce..
    1. Króciutka relacja
  2. Inne takie tam
    1. Log z wyprawy
    2. Dokładny opis szlaku
    3. Fotki
    4. Wasze komentarze

Króciutka relacjai Świnica.. prawie zdobyta :) Krokusy... tak miało być. Objazdówka po dolinkach i halach - Głodówka, Rusinowa Polana, Toporowa Cyrhla, Wielki Kopieniec, Kalatówki, Dolina Chochołowska.. W niedzielę może Gorce. Autem rano - z opóźnieniem 2 - godzinnym zabraliśmy się z JUBIm i Muflonem. Po drodze zebraliśmy Ulę. Potem już szybko - byle na południe.
Od razu na Toporową Cyrhlę. Po drodze pogubliśmy drogi - zamiast Murzasichle to Małe Ciche.. Lecz w końcu u celu. Krokusów na Toporowej zatrzęsienie. Pogoda niesamowita.. to światło.. Cała masa zdjęć, slajdów i czego kto miał. Potem w górę. Popas na Hali pod Kopieńcem, Wielkim Kopieńcu i po drodze na dół.. Niesamowite wrażenia. Potem już pizza, Krupówki.. brr. Ula i Muflon odprawieni na dworzec - szkoda, że już muszą wracać. Trudno. My zaczynymy planować następny dzień. Godzina 19. Może dziś jeszcze Murowaniec a jutro w zależności od pogody Beskid, Świnica lub Czerwone Wierchy..? Albo choć wschód z przełęczy Świnickiej.. Chwytamy za telefon. Okazuje się, że w Murowańcu nie ma zupełnie miejsca do spania. Nawet na podłodze.. wyczuwamy podstęp - pewnie nie chą, abyśmy przyszli późną nocą ;) Kolejny telefon - tym razem do brata. Pytamy o pogodę. ICM rzecze: deszcz, chmury niskie i wysokie, temperatura 15-20 stopni w Zakopanem. Oglądając niebo i chmury tego dnia ciężko było w to uwierzyć. Nie wierzymy. Lecz zdrowy rozsądek nakazuje aby brać tą opcję pod uwagę.. Hmm to może jednak do Nowego Targu i Turbacz jeszcze dziś (albo raczej późną nocą)..? Albo opcja Kraków - czyli powrót.. oj strasznie nam się nie chce wracać. JUBi przypomina sobie o tym, iż istnieje możliwość spania w... hotelu w Zakopanem. Za darmo. Udało się. Warunki niemożebne jak na to co mamy zazwyczaj - czyli podłoga albo jakiś wieloosobowy pokój gdzieś w schronisku.. prysznic, piwo i do spania.
Szósta rano pobudka. Kilka godzin później jesteśmy na Kasprowym. Plan konkretny - najdalej w kierunku Świnicy. W zależności od warunków podejdziemy tyle ile będzie w granicach naszych możliwości i rozsądku. Wypadki na Świnicy w przeważającej części mają miejsce dopiero przy zejściu - taka specyfika tej góry - strome uskoki - wiadomo..
Ludzi na górze zatrzęsienie - to narciarze jeżdżący na Goryczkowej i Gąsienicowej - tudzież zwykłe cepry kolejkowe. Pogoda.. niesamowita - w dali majaczą chmury deszczowo - burzowe. Wiatr na tyle słaby, iż w zasadzie to chmury te wiszą w bezruchu - czekając na podmuch wiatru.. No nic - trzeba iść - późno już. Do Beskidu w zasadzie pustoszeje. Pojedynczy snowboardzista zastanawiający się czy zjeżdżać żlebem czy może jednak wrócić się na trasę. Na szczycie zakładamy raki. Po drodze mija nas dwóch słowackich narciarzy - widać, iż są poważnymi zawodnikami żlebowymi. Tak aż do przełęczy pod Świnicą - co żleb to jacyś narciarze szykujący się do przekroczenia nawisu i jazdy w dół. Śnieg teoretycznie stabilny - można jeździć.
Słońce niesamowite. Brniemy bez kurtek - krótki rękawek, rozpięte spodnie... Bez kremu UV. Głupota. Spalimy się zupełnie. Ciągle zdjęcia. Kadrów bardzo wiele. Choć monotonnych - ciężko znaleźć coś niestandardowego.
Docieram na Świnicką Przełęcz. JUBI z tyłu gdzieś zdjęcia robi. Z góry schodzi jakaś osoba - mówi mi, iż warunki świetne - na raki i czekan idealne. Ale męskie. Nie doszedł na górę - nie wziął sprzętu. Otwieram torbę fotograficzną z zamiarem wrzucenia do środka Velvii (zostało mi w niej jeszcze 6 slajdów - akurat na chwilę szczytowania na Świnicy). Wyciągam Sensię i zaczynam przewijać do 30 klatki... przy 28 klatce padają baterie.. Z moich ust pada kupa inwektyw. Po cichu - pod nosem. Nie mam zapasu.. Specjalnie zaopatrzyłem się w dwa dodatkowe opakowania baterii - lecz nie wziąłem ich. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu denerwuję się. Taka pogoda, taki slajd, takie warunki... taka góra. Ehh - mam za swoje. Wyciągam baterie i kładę na skale eksponując je do słońca. Może się jakimś cudem "naładują".
Tymczasem nadchodzi JUBI. Informuję go o sytuacji z aparatem i warunkach na górze. Coś jemy, ładuję wszystkie rzeczy do plecaka i na lekko mam zamiar iść na górę. Baterie z powrotem do aparatu.. działa! Przewijam film do owej 30 klatki, robię slajd w kierunku Orlej, zakładam torbę na nerki, plecak i kijki pod skałę i do góry. JUBI decyduje się jednak wziąć rzeczy se sobą.
Podejście pod Świnicę istotnie ciekawe. W rakach i z czekanem idzie się świetnie. Śnieg pomimo stromizny stabilny. Kierujemy się w górę - lekko pod granią pomiędzy skałami idealnie na szczyt taternicki. Mijamy letni trawers, którym prowadzi szlak i łancuchy schowane teraz pod śniegiem. Kontynuowanie tym szlakiem byłoby bardzo karkołomne. Czasem się obracam i rzucam okiem na plecak. Do przełęczy dochodzi jakiś snowboardzista. Na szczęście raczej normalny człowiek - puszcza się szusem w dół żlebu nie wykazując zainteresowania moimi szpejami.

Do szczytu taternickiego dochodzimy w około 30-40 minut. Tuż pod szczytem jeszcze lekki trawers, troszkę rąbania rakami w śnieg i w końcu wiwat. Ale nie ma czasu. JUBI tu zostaje. Rzucam okiem w kierunku głównego szczytu Świnicy. Trawersy wyglądają nieźle - podejścia żlebami również. Lecz to złudne spojrzenia - wiem, że tam będzie cholernie ciężko. Wtem zza skały spod jednego z uskoków wyłania się postać ludzka. Czekan w ręce, słychać łupanie rakami - schodzi twarzą do stoku. Decyduję się iść w jego kierunku - w pół drogi jest całkiem niezła półka - tam można stanąc i pogadać. Jegomość okazuje się być amerykańskim alpinistą. Sprzedaje mi kilka opowieści i porad. Odpowiadam mu, że na górę pewnie nie wejdę - choć to nie wielki problem. Lecz później zejść.. i te trawersy bez asekuracji - dla mnie zbyt ryzykowne. Wolę poczekać i wrócić tu ze sprzętem. Amerykanin decyduje poczekać na mnie chwilkę. Zaczynam podejście w górę - przy skale. Jedenuskok zrobiony. Teraz trawers. Dochodzę do drugiego podejścia. W momencie gdy je kończę jestem jakieś 20 metrów pod szczytem. Ostatni trawers. Zastanawiam się w jaki sposób go ugryźć i czy to ma sens. Pozycja bardzo asekuracyjna - mocne stopnie, czekan w twardej części śniegu, lewa ręka na mocnym chwycie w skale. Spoglądam w dół. Zejście wygląda nieciekawie. Na tyle, że decyduję się wrócić. To co mam pod sobą ma się nijak do tego co tuż pod szczytem. Powoli przekładam ciężar ciała na lewą nogę aby spokojnie prawą nogę położyć stopień niżej i tym sposobem przy maksymalnej autoasekuracji w takich warunkach zejść na dół. Powoli... lewa noga jednak się ślzga - ciężar ciała gdzieś w połowie między nogą i ręką prawą, a lewą dłonią trzymająca mocną klamę w skale. Patrzę w dół na lewą stopę - skąd ten poślizg..? Nie mam raka na nodze! W mig przypominam sobie opowieści S.Worwy o podejściu do Chaty Pod Rysami i owej feralnej lawiny opisanej również przez Jana Długosza w "Kominie Pokutników" - tam sytuacja była podobna.. Nie pozwalam sobie na zdenerwowanie czy panikę. Utrzymuję mocną stabilną postawę. Pierwsza myśl - nie myśleć jak to się stało. Najpierw muszę namierzyć ów rak - może jednak go jeszcze odzyskam. W dół żlebu go nie ma - aż do skał (trawers letni) czysty śnieg. Spoglądam dokładnie na drogę - podejście - który właśnie robiłem. Cholernie stromo - tak mi się to wydaje z pozycji człowieka "o jednej nodze". Pomarańcz na śniegu. To wkładki przeciwśnieżne. Jest. 5 metrów pode mną. Już teraz czuję, że to będzie cholernie cięzki 5 metrów. Decyduję się na skorzystanie w końcu z umiejętności wspinaczkowych. Schodzę w dół twarzą do stoku - prawa noga na stopniach śnieżnych, obydwie ręce szukają chwytów na skale, lewa noga na skale. Nie ma czasu i sensu na zastanawianie się coby było gdybym się teraz zwalił w dół. Nie puszczę chwytów.
Przypomina mi się pewna opowieść z morskiego rejsu Pogorią. Bosman opowiadał ją przy piwie. W trakcie lekkiego sztormu któregoś z załogantów uderzył bom od którejś ze szmat i strącił za burtę. Odbywało się to w trakcie jakiegoś zwrotu - pewnie rufy, gdyż bom od razu wyjechał daleko za burtę ustawiając żagiel do pełnego kursu. Ów załogant chwycił się go i wydarł z siebie głośny - acz bardzo stonowany okrzyk: "Już cię kurw.. nie puszczę..". Przełożenie na moją sytuację ma ta opowieść całkiem niezłe. W sytuacjach kryzysowych - acz krótkich (nie mam tu na myśli wielogodzinnej wspinaczki, która wyżyna z człowieka resztki sił) siła ludzkich rąk jest na tyle niesamowita - pote?owana przez sytuację - iż człowiek w akcie obrony nie da sobie wyrwać chwytu z ręki. Oczywiście jest wiele czynników, które mogą podważać tą teorię - ja mam na myśli czysta i klarowną sytuację.
Wróćmy do sytuacji na zboczach Świnicy. Powolnie i stabilnie poruszam się w dół. Lewa noga znajduje dobre stopnie - wygrzane w słońcu o świetnej przyczepności. Ręce podobnie. Gorzej jest 2 metry niżej. Chwytów powoli brak - skała staje się płaska a jej krańce schowane są w śniegu. Mokrym acz twardym. Gołymi rękoma wykopuję wręcz jakieś chwyty pomagając sobie przy tym czekanem. W ten sposób dochodze do owego raka. W dość ciężkich warunkach jednak go zakładam - automat - to zajmuje moment. Wykopałem sobie czekanem stanowisko, w którym spokojnie mogłem położyć go na śniegu. Dalej już bez większych problemów. Trawers, zejście, przełęcz, podejście pod szczyt taternicki.. uff. Teraz rozmowa z amerykaninem. Obserwował on całe zajście. W jego oczach nie byłęm w błędzie. Gdybym się zaczął denerwować pewnie od razu nogiby się podemną zatrzęsły i miałbym spory problem. Sama droga nie była bardzo trudna - lecz wymagała gowy na karku i koncentracji. Udało mi się na szczęście zachować spokojnie i nie myśleć o czymkolwiek poza drogą. Pogratulowałem mu wyjścia na sam szczyt, on mi pogratulował zdrowego rozsądku i nieźle wykonanego wycofu w niesprzyjającej sytuacji i poszedłem w kierunku JUBIego. Ten akurat wylegiwał się na polu śnieznym na szczycie. Już po zdjęciach. Opowiedziałem mu skrótowo co się działo. Nie obserwował tego, gdyż robił to amerykanin. Zebraliśmy bety i spokojnie zeszliśmy na dół na Przełęcz Świnicką. Droga w dół była już spokojna. W jednym tylko miejscu puściłęm się w zły uskok - teoretycznie widać nawet było na nim ślady, lecz prowadził w dolnej części trawersem przez skałkę do prawidłowej grani. Podejście, trawers i znów na bezpieczniejszej drodze. Na dole kilka osób. Popas, opowieści.. No i myśli - jak wracamy na dół. Żlebami.. średnio - może i stabilny śnieg ale po co ryzykować skoro istnieje tyle innych opcji. Poza tym szlak do Murowańca może tonąć w mokrym śniegu. Decyzja prosta - idziemy na Kasprowy. Stamta? czy to nartostradą, czy szlakiem czy wręcz kolejką (choć to absolutna ostateczność).
Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek tego dnia. Powoli granią w kierunku Kasprowego. Przed zejściem na Liliowe zauważam dosłownie 10 metrów ode mnie Kozicę stojącą na szczycie grani.. Odruchowo przykucam i szepczę do JUBIego, żeby stał bez ruchu. Piotrek to zauważa. Moment zabrała nam zmiana obiektywów. W końcu przyda się dwusetka. Plecak na ziemię i pierwsze zdjęcie. Szczęście, że przed momentem skończyłem Velvię i wróc?łem na Sensię - więcej zdjęć w tej chwili mogę zrobić. Powoli do niej podchodzimy. Na dwusetce Kozica zajmuje cały kadr - rewelacja. Stoi w słońcu - poroże dumnie pnie w górę. W końcu nas zauważa - czy też wyczuwa. Hyc na drugą stronę żlebu i po skałach - już spokojnie. Zachodzimy ją uważając na to aby nie wejść na nawis i polecieć w dół. Jeszcze kilka fotek - Kozica stoi na półce skalnej.. my nad nią - w tle Orla. Bosko. Wracamy na przeciwległą ścianę żlebu - stamta? już spokojnie zrobimy może jeszcze jakieś ujęcie. Kozica staje w cieniu i wsuwa trawę obrócona zadem do nas. No tożto już zniewaga. Kłade się na ziemi opierając aparat o skałę i torbę fotograficzną. Strasznie długie czasy naświetlania.. W końcu nie wytrzymujemy i zaczynamy się z nią kontaktować: "-taś taś, kici kici - paszła w cholerę na półkę do słońca - i lewy profil proszę!". W tej chwili obraca się do nas i.. zaczyna syczeć. Pierwszy raz w życiu słyszę taki odgłos. Byłęm pewien, że Kozice beczą czy coś w tym rodzaju. Ta syczy na nas jak łabądź. Niesamowite. W końcu podchodzi pod skałę, składa przednie nogi niczym tresowany koń, tylnie nogi również ugina i kładzie się pod półką skalną. W zupełnym cieniu. Dobra - dajmy jej już spokój. Zdjęcia mamy - nie bedziemy biedaczki stresować.
Dalsza część dnia już raczej nie obfitowała w ciekawe wydarzenia. Na dół zeszliśmy nartostradą - było już po zamknięciu wyciągów - narciarze pojedynczy nas mijali. Zaliczyliśmy zjazd na czterech literach goryczkową z grani a potem już spokojnie w dół. Auto, Zakopianka, Kraków..
Wypad był jednym z dwóch najlepszych tej zimy. Co prawda każdy z nich obfitował w jakieś przygody (czy to mgła na Czerwonym Wierchu pod Łopatą w zachodnich czy też pogubienie szlaku przy -25 stopniach w środku nocy na Policy) - lecz ten zdecydowanie zapadł nam w głowach. Dzięki pogodzie, przeżyciom, kadrom, ludziom.. wielu rzeczy tu niedopowiedziałem - brak opisu pajączka na śniegu, św.Mikołaja czy kilku innych anegdot. Może kiedyś.. :)

A wszystkim pragnącym wyruszyć na jakikolwiek szlak zimowy - czy w Tatry czy w Beskidy.. zresztą nie tylko zimowy - róbmy to z głową. I nie dajmy się ponieść emocjom. Do zobaczenia na szlaku :)

Log z wyprawy Nie logowaliśmy niestety :(

Dokładny opis szlaku Niebawem ;)

Fotki Niebawem.. zanim wywołam, poskanuję slajdy itd.. Ale pojawią sie kiedyś :)

Nawigator
[powrót do góry strony]

Dodaj swój komentarz
Aby dodać komentarz wystarczy podać jego treść - pozostałe pola nie są obowiązkowe. Zaznaczenie zapamiętania nicka i adresu e-mail spowoduje, iż w każdej chwili gdy wrócisz do tej strony i będziesz chciał(a) wpisać kolejny komentarz pola nick oraz e-mail zostaną automatycznie wypełnione:
 
Nick:    E-mail:

Zapamiętaj mój nick i email    Ukryj mój adres email

Wasze komentarze
 ukryj komentarze 
::docent (docent.net@gmail.com) 2008-01-05 13:07:00
No i w końcu mamy zdjęcia koziej dupki ;) Zapraszam do bloga: href=http://maciek.lasyk.info/blog/2008-01-05/Kozica_w_koncu.html>Kozi
ca w końcu
::Użytkownik anonimowy2007-03-04 16:17:00
super stronka
::EFIKS2006-07-21 13:22:00
To bylem ja.. EFIKS. nie uzytkownik anonimowy:P
::Użytkownik anonimowy2006-07-21 13:21:00
No wlaśnie! R O Z S Ą D E K i WYOBRAŹNIA to podstawa w gorach, ktorej
niedzielnym turystom coraz bardziej niestety brakuje...:(
Pozdrawiam i czekam takze na zdjecia dupki koziej:P
::opty2006-05-10 09:45:00
Gratuluję rozwagi, trochę to było ryzykowne.
Jednak sporo ludzi się kręci po górach mimo trudnych warunków, nie
myślałam. Spotkanie z kozicą rewelacja, czekam na zdjęcia. pozdr.
 ukryj komentarze